Tu się świętuje cały rok — fiesty, bez których nie zrozumiesz wybrzeża
Można mieszkać w Hiszpanii i nie znać hiszpańskiego. Można nie odróżniać gazpacho od salmorejo. Ale nie da się tu mieszkać i nie żyć fiestami — bo fiesty i tak przyjdą po ciebie. Zamkną ci ulicę, przestawią autobus, obudzą cię o siódmej rano wybuchem petard. I bardzo dobrze.
Wiosna należy do procesji
Semana Santa, czyli Wielki Tydzień, to moment, w którym Andaluzja pokazuje swoją najpoważniejszą twarz. Przez siedem wieczorów ulicami idą procesje: ciężkie trony niesione na ramionach kilkudziesięciu mężczyzn, zapach wosku i kadzidła, bębny, które czuje się w mostku. W Maladze to widowisko na skalę, o jakiej nie śniło się żadnemu reżyserowi — na trasę procesji przychodzi pół miasta, a drugie pół niesie trony. Najbardziej porusza moment, którego nie ma w żadnym programie: gdy z balkonu ktoś nagle zaczyna śpiewać saetę, surową pieśń bez akompaniamentu, i cały tłum milknie w pół słowa.
Moją pierwszą Semana Santa spędziłam z rozłożoną mapą procesji i przekonaniem, że wszystko da się zaplanować. Sąsiadka, rodowita malagenka, spojrzała na tę mapę z politowaniem i powiedziała: „Nie planuj. Wyjdź z domu, daj się nieść". Miała rację — najlepsze rzeczy zobaczyłam, gdy zgubiłam trasę. Dla mieszkańca ten tydzień oznacza jedno: centrum nie jeździ się samochodem. Miejscowi planują go jak logistycy, wiedzą, którędy przejdzie która procesja i o której godzinie która ulica „padnie". Po dwóch latach robisz to samo, odruchowo.
Maj: krzyże z kwiatów i pielgrzymki na wozach
Maj jest w Andaluzji miesiącem, w którym trudno cokolwiek załatwić, bo wszyscy są zajęci świętowaniem wiosny. Na placach stają Cruces de Mayo — krzyże układane z tysięcy goździków, wokół których od rana do nocy je się, pije i tańczy sewillany. A w kolejne weekendy z miast i wsi ruszają romerie: pielgrzymki na przystrojonych wozach ciągniętych przez woły i traktory, z gitarami, koszami jedzenia i całymi rodzinami w strojach ludowych. Romeria wygląda jak piknik, który wymknął się spod kontroli — i mniej więcej tym właśnie jest, od czterystu lat.
Czerwiec: noc, w której płonie całe wybrzeże
Noc San Juan, z 23 na 24 czerwca, to moje ulubione święto na wybrzeżu — bo dzieje się na plaży. Rodziny znoszą na piasek drewno, koce i jedzenie, o północy zapala się ogniska, a potem — zgodnie z tradycją — wchodzi się do morza obmyć złe rzeczy mijającego półrocza. Kilkadziesiąt kilometrów wybrzeża punktowo oświetlonego ogniem wygląda jak coś z innej epoki. Pali się też „júas", szmaciane kukły symbolizujące to, czego chcemy się pozbyć — widziałam już kukłę inflacji i kukłę szefa.
Nasi klienci, którzy odbierali klucze do mieszkania w Torremolinos akurat 23 czerwca, do dziś wspominają, że pierwszą noc we własnym domu w Hiszpanii spędzili nie na rozpakowywaniu kartonów, tylko przy ognisku z nowymi sąsiadami. Trudno o lepszą parapetówkę. Rano plaże są posprzątane, jakby nic się nie stało. To zresztą bardzo hiszpańskie: bawić się do świtu i o dziewiątej otworzyć sklep.
Sierpień, czyli feria
Feria de Málaga trwa oficjalnie dziewięć dni, nieoficjalnie — dwa tygodnie. W dzień świętuje się w centrum: kobiety w sukniach flamenco, sherry z małych kieliszków, na ulicach grupy śpiewające verdiales, starą górską muzykę, od której nogi same chodzą. Do klapy wpina się biznagę — bukiecik jaśminu na łodydze z ostu, który pachnie tak, że czuć go z drugiej strony ulicy. Wieczorem miasto przenosi się na wielkie tereny targowe pełne caset — namiotów, w których je się, pije i tańczy do rana.
Każde miasteczko na wybrzeżu ma swoją własną ferię, mniejszą, ale często serdeczniejszą: w Nerja, Esteponie czy Fuengiroli bawi się po prostu z sąsiadami. Na feriach w małych miejscowościach nikt nie jest turystą — jeśli tam mieszkasz, jesteś u siebie, a sąsiedzi dopilnują, żebyś nie stał z pustą szklanką.
Jesień i zima wcale nie odpuszczają
Listopadowe Todos los Santos pachnie pieczonymi kasztanami — na rogach ulic stają wtedy castañeros z żeliwnymi piecykami, a papierowa tutka gorących kasztanów to najlepsze pięć euro tej pory roku. W grudniu miasta zamieniają się w instalacje świetlne; iluminacje na Calle Larios w Maladze przyjeżdżają oglądać ludzie z całej Europy, a pokazy świateł z muzyką odbywają się kilka razy dziennie. W sylwestra o północy cała Hiszpania je dwanaście winogron, po jednym na każde uderzenie zegara — proste zadanie, dopóki nie spróbujesz.
A potem jest 5 stycznia i kawalkada Trzech Króli: to Królowie, nie Mikołaj, przynoszą tu dzieciom prezenty, jeżdżąc po mieście na platformach i rzucając w tłum cukierki. Kilogramy cukierków. Warto mieć parasol, mówię z doświadczenia — odwrócony działa jak koszyk.
Co to wszystko oznacza, gdy tu mieszkasz
Fiesty ustawiają tu kalendarz tak samo, jak gdzie indziej pory roku. Uczysz się, że w Wielki Piątek nie umawia się dostawy mebli, że w połowie sierpnia urząd odpisze po feriach, że w San Juan nie ma sensu szukać spokojnej plaży. Warto to wiedzieć także przed zakupem: mieszkanie przy trasie procesji albo przy recinto ferialnym to inne życie w kwietniu i sierpniu niż w listopadzie. Jednych to zachwyca, innych męczy — dobrze wiedzieć, do której grupy się należy, zanim się podpisze akt.
W zamian dostajesz coś, czego w Polsce brakowało mi najbardziej: życie, które regularnie wychodzi na ulicę i zaprasza wszystkich, także ciebie. Mój znajomy mówi, że w Hiszpanii nie trzeba szukać okazji do świętowania — wystarczy nie stawiać oporu. Po kilku latach na wybrzeżu podpisuję się pod tym obiema rękami.